annie are you ok so, annie are you ok, are you ok, annie? 2010-10-02 00:12:54

minął pierwszy miesiąc mojego nowego życia. na własną odpowiedzialność i koszt.
z nową pracą, nowym miejscem. powoli wszystko oswajam. uczę się kochać łąki za oknem,
a zarazem cieszyć, że pół godziny później stoję pod PKiN i każą częścią ciała czuję energię wielkiego miasta.
wszystko jest nowe.
podejmując decyzję musiałam liczyć się z utrudnionymi kontaktami. jednak nie miałam zamiaru zrywać jakichkolwiek. potwornie dołujące jest to, że odeszły ode mnie dwie najbliższe osoby.
z własnego wyboru. nie powiem, że jest łatwo, ALE... wcześniej nie poradziłabym sobie z tą stratą. miała problemy ze spaniem, myśleniem i wszystkimwkoło.
ale dziś po prostu muszę. boli, że ludzie, których kochasz ogromnie tak po prostu znikają. kłuje.
jednak jeśli ktoś świadomie wywołuje u ciebie kłucie w środku i płacz na zewnątrz, to nie jest tego wart.
każdemu daję kolejne szanse więc wszystko może (choć nie musi) się zmienić.
dziś też wielkie zmiany, za kilka godzin wstanę, zabiorę nikona i pojadę na marszałkowską szkolić moje wątłe umiejętności fotograficzne.
w planie na sobotę: prawo autorskie, historia fotografii, klasyczne tematy fotografii, analogowe laboratorium fotograficzne i cyfrowa edycja obrazu.
tak, denerwuję się. same nowości, ale jestem równie podekscytowana, co zdenerwowana. cieszę się, a to daje dużo siły, żeby sobie radzić.
codziennie szukam powodów do radości: w niedzielę powrót głupeczków i piękne prezenty z grecji dla mnie, w poniedziałek to coś czym rozbawił mnie chłopiec, we wtorek wyjście mamy ze szpitala, środa i prezent w postaci przezroczystej tuniki, czwartek zakupy dla siebie - kawowy lakier na paznokciach, piątek - światowy dzień uśmiechu.
a co będzie dzisiaj? nowe miejsca? ludzie? zdjęcia? starzy przyjaciele? na pewno zdarzy się coś, co mnie uśmiechnie.


skomentuj (0)

stres. 2010-08-23 11:16:18

Jestem już tak zdenerwowana, że nie tylko głowa nie daje mi funkcjonować.
Zawsze w takim stanie mój brzuch wywija się i tańczy, jak w jakimś jukędęsie, ale do tego, że zaczyna boleć już się przyzwyczaiłam… to on najczęściej sygnalizuje, że moje nerwy przekroczyły dopuszczalny poziom, ale dzisiaj doszły skurcze. Żadne zbiegi okoliczności. Najpierw skurcze ręki, a przed chwilą jeden bark, później drugi. Owszem, miałam wczoraj robiony masaż, ale chyba każdy mój mięsień jest w tej chwili napięty. I piję melisę… ale skurcz, za skurczem… czy coś się robi z tak objawianym stresem?
Za dużo wyzwań i decyzji do podjęcia, a każdy problem wydaje mi się być Mont Everestem nie do zdobycia. Potrzebuję poradnika „jak odważnym i pewnym swoich decyzji”.

skomentuj (1)

Kruchość. 2010-08-11 10:50:13

Z mamą widzę się tak często, jak tylko mogę. Przychodzę, rozmawiam, obserwuję, wyłapuję zmiany. Dlatego od razu zauważyłam nową, młodą, ładną Blondynkę. Jakiś tydzień temu. Zapytałam mamy, zamieniłyśmy może z dwa zdania, byłam zdziwiona, że taka młoda, ładna, wydawałoby się zdrowa… Ale widok jej spacerującej po korytarzu… Brak sił.
W niedzielę, kiedy wszyscy szli na śniadanie Dziewczyna w łazience próbowała popełnić samobójstwo. Ktoś Ją znalazł, sytuacja wyglądała beznadziejnie.
My w tym czasie spędzaliśmy cały dzień z rodziną, z dala od szpitala. Było słonecznie, ciepło i pięknie. „To nie jest dzień, w który chciałoby się kończyć życie” dokładnie tak wtedy myślałam!
Bliscy, słońce, dobre jedzenie w restauracji, spacery po wspaniałym arboretum, zamek, zdjęcia, rozmowy, lody, skrzypcowe koncerty w plenerze, potem nawet zatłoczona Ikea na chwilę, na plus.
Trochę dokuczyły nam komary… i stłuczka. Raz na sto lat, ale za to porządnie, bo z policją, więc cztery radiowozy, godzina w plecy, słuchanie zgranych hitów w samochodzie. Oj, tato.
Jednak nic nie mogło popsuć tej niedzieli, która była balsamem dla duszy, miodem na serce itakietam.
Wróciłam pozytywnie zmęczona i spokojniejsza. Telefon do szpitala przyniósł smutną wiadomość: „Dziewczyny nie udało się uratować”. Znałam Ją tylko z widzenia, ale miała pewnie niewiele więcej lat ode mnie. Cały wieczór zrobił się milczący i taki… zadumany?
Nagle przyszło zmęczenie i natychmiastowa potrzeba odpoczynku, leżenia w łóżku, rozmyślania przed snem.
Umieranie było zawsze gdzieś daleko, to, że w każdej chwili ktoś odchodzi wydawało się zupełnie abstrakcyjne. Przenikanie życia i śmierci. Dopiero po wizytach w szpitalu moja głowa podjęła próby pojmowania. Kruchość.
Dziś środa, w nocy budziłam się co chwilę, bo nie ukrywam, że moja skóra nabrała koloru purpury. Szerokie ubrania, a mimo to piecze potwornie. Tylko po tym wszystkim nic nie mówię, nie mam prawa narzekać, że coś mnie boli. Bo co to w ogóle za ból.

skomentuj (4)

la vita è bella. 2010-08-03 12:10:27

Nie jest tak, że nie chcę pisać, że nic się nie dzieje. Właśnie panie, dzieje się, dużo, dużo za dużo i jak widać ma to wyższe priorytety, niż pisanie. Zaczęło się dziwnym sylwestrem, a później maszyna zwana rokiem 2010. zaczęła się nakręcać i nakręcać.
Mamy sierpień, już bliżej, niż dalej i spokojnie mogę przyznać, że jest to najgorszy, najbardziej męczący, pokręcony, ale też najintensywniejszy rok w moim życiu. Mocno oberwałam i wydoroślałam chyba bardziej, niż przez ostatnie 5lat.
Chronologicznie to wyglądało mniej więcej, jakoś:
  wielka Miłość, dużo niepewności, miliony łez, zdradzanie, jedno wielkie kłamstwo, przyjęcie niejednego policzka, śmierć mojego dziadka, straty bliskich osób i ważnych relacji, moja dwumiesięczna choroba, nie ratowanie szkoły, bo nie da rady nadrobić, a z racji choroby, przepisaliby dotychczasowe oceny, ale trzeba by powtarzać rok, czasami nie warto się szarpać, tak nastaje czerwiec, urodziny i praktycznie wszyscy bliscy są jednak gdzieś daleko, Grecje, Turcje, Innetakie. Ale spokój, cisza przed burzą, lipiec, pół firmy na urlopach więc pracować trzeba na kilku stanowiskach przy skromnych temperaturach ~35* i… moja mama, najbliższa na świecie osoba, trafia do szpitala! Tak ciągną się ostatnie tygodnie, a będą kolejne… 5godzin snu, 10godzin pracy, wizyty w szpitalu, powrót do domu… i remont! o radości! wiem, wiem, będzie świeżo i pięknie, ale mój nastrój teraz to jedna wielka huśtawka zmęczenia. damradęniedamradydamradęniedamrady. Trwa to drugi dzień, jeszcze nie zaczęło się cyklinowanie, a ja już nie mam siły. Wynoszę milion rzeczy (po co człowiekowi tyle? przy rozpakowywaniu obiecuję sobie pozbyć się połowy!), na środku łazienki stoi wielka szafa, a i tak nigdzie nie ma drzwi, wszędzie pył, kurz i powystawiane meble. Dwa dni koczowniczego życia w salonie. Dziś, albo znajdę uczynnego przyjaciela, który zgodzi się na mieszkanie ze mną do końca tygodnia, albo zamieszkam w pracy (mam prysznic i kuchnie, zaoszczędzę mnóstwo czasu, wyrobię nadgodziny, same plusy…). I najlepsze: nie jest to żart! Bo spać w wycyklinowanym domu niet…
Ah, pisać i dodawać zdjęć też nie mogę, gdyż naprawa komputera i wymiana płyty głównej przez panów z serwisu okazała się nieskuteczna. I tak oto po tygodniu nieobecności fudżika, nacieszyłam się nim chwilę i zwróciłam do dalszej naprawy, co oznaczało reklamację płyty, sratytaty i w ogóle źle, bo już trzeci tydzień… Ma być na dniach i uprzejmie życzę całemu serwisowi, żeby działał. Tylko co z tego, skoro, jak się domyślam, w domu nie ma teraz internetu.
  Nie wiem za co ponoszę ostatnio taką cenę, za co mnie co chwilę coś tak kopie, ale jestem teraz przekonana, że w wydawałoby się słabej mnie, jest tyle siły, że moge poradzić sobie ze wszystkim.
  Spora szkoła życia, ale mimo to trzymam się swojego pomysłu na tatuaż. Będzie, jak u Begniniego „la vita è bella”, prawdopodobnie na nadgarstku, żeby pamiętać, cieszyć się, wspominać i biec do przodu. Jak tylko będę miała chwilę, taki prezent urodzinowoimieninowy od samej siebie. Chciałabym, żeby mnie ktoś spakował i wysłał na wakacje nad morze, do Paryża, Barcelony… i powiedział „wróć, jak już będzie po wszystkim”. Ale nie ma kiedy i nie ma wakacji od życia, w takim razie tatuaż? bardzo chętnie, w końcu.
  Biec dlaczego? Bo jak tylko skończę rozpakowywanie, po remoncie, zacznę kolejne pakowanie i przeprowadzkę z rodzinnego domu i wyprawę w świat. Nowe otoczenie, nowa praca, szkoła, ludzie i takie trochę nowe życie. Czeka na mnie od września. Może będzie spokojniejsze i wolniejsze? Może znajdę czas by w chociaż wolny weekend wyjechać na krótkie wakacje? Bo na pewno nie będzie nudne! Dlatego zmęczona, ciągle wydaje-mi-się-żejestem-brudna-albo-nie-wydaje-mi-się, spiąca... wracam do obowiązków, pracy, zakupów budowlanych, ogarniania domu nie-do-ogarnięcia, wizyt w szpitalu i krótkiego snu, ALE z nadzieją, że za miesiąc będzie już spokojniej (może poza rozbrykanym Chłopcem na głowie;). 
Bo życie jest piękne.
P.S.
Z tego wszystkiego schudłam 11kg, a może więcej, nie wiem, waga leży gdzieś pod gruzami.

skomentuj (0)

Agnieszka Osiecka 2010-06-08 22:35:23

napisała w rok mojego urodzenia "białe zeszyty" i jakoś tak pasują. `





"oczy tej małej, jak dwa błękity, myśli tej małej - białe zeszyty, a on był dla niej, jak młody bóg, żebyż on jeszcze kochać mógł..."

skomentuj (0)

Księga Gości